|
|
Rekolekcje
dla Fraterni św. Zdzisławy
Rekolekcje wygłosił o. Stanisław Gołąb
(15-18 czerwca 2006)
Miłosierdzie ma twarz człowieka
Rzeczywistością i to rzeczywistością szczególnego rodzaju, w której sam Pan Bóg pozwala się dotknąć i może dotknąć również i nas jest sakrament pojednania. Warto na tę rzeczywistość popatrzeć w jej dwóch wielkich wymiarach: Jeden wymiar to otrzymane od Boga przebaczenie, a drugi to przebaczenie okazywane innym. Te dwa wymiary są nierozdzielne, tak jak nierozdzielne są belki krzyża: pozioma i pionowa. One nieustannie na siebie nachodzą.
Najtragiczniejszy kataklizm
Najgłębsze ze wszystkich zranień
Kiedy buntuje się Miłość
Miłosierdzie zrodzone w matczynym łonie
Miłosierdzie zrodzone w drodze i przemierzające moje drogi
Miłość do granicy miłości
Tam, gdzie Boże Miłosierdzie może mnie chwycić za rękę
Antidotum na cierpienie
Nasz świat umiera z braku miłosierdzia
Wymiar pionowy: otrzymane przebaczenie, źródło uzdrowienia
W Jego ranach jest nasze uzdrowienie." (Iz 53,5)
Niewyczerpane źródło życia
Gangster, który stał się dzieckiem-światłem
Wyznać swój grzech: oddać się Jezusowi bez grzechu
Obrazy miłosierdzia
Zobaczyć się w spojrzeniu Boga
Grzechy, które zabijają łaskę, grzechy, które ją paraliżują
Od wyrzutów do skruchy i od żalu do rozgrzeszenia
Dość dobrze znamy opisaną w Biblii scenę po grzechu pierwszych rodziców. Kochający Bóg zaczyna wołać: gdzie ty, mój Adamie jesteś? Gdzie ty, moja córko Ewo, się ukryłaś? Dlaczego, dlaczego ode mnie uciekacie? Skąd ten strach przed Miłością, strach przed naszą bliskością? Czemuś moje ukochane dziecko, mnie odrzuciło?
Ten pamiętny moment to prototyp katastrofy humanitarnej. Jej konsekwencji kosmicznych nie da się nawet obliczyć, jej zaś historyczne skutki nie mają końca. Jest to początek nieokreślonej spirali wszelkiego zła, wszelkiej niesprawiedliwości i wojen, katastrof i nieszczęść. Jest to początek śmierci! Jest to potężne trzęsienie ziemi, które naznaczyło cały świat i rozdarło każde ludzkie serce. Oryginalne piękno umiłowanego Bożego dziecka zostało zbrudzone, a jego zaś czystość została zgwałcona. Co więcej? Została zerwana potrójna łączność. Łączność pomiędzy ludzkością i Bogiem; łączność pomiędzy ludzkością i kosmosem; łączność pomiędzy mężczyzną i kobietą. Zostało również zniszczone wzajemne zaufanie.
Pojawił się potworny i najszybciej roznoszący się wirus. Przekazywany z pokolenia na pokolenie poprzez spermę i krew. Ten najbardziej śmiercionośny wirus: zabija, jak żaden inny nigdy nie zabijał i nie będzie zabijał. Potrafi zabić człowieka, nie potrafi on jednak zabić Pana Boga. Wirus ten został rozpoznany, a jego nazwa to: grzech. Został on rozszyfrowany. On powoduje i prowokuje wszystkie grzechy świata i historii. On generuje wszelkie zło i cierpienie.
Ale co tu robią ci dotąd nie napotkani intruzi, którymi są: grzech, zło i śmierć. Skąd ci gwałciciele, mordercy i tyrani się w ogóle biorą? Stworzenie było przecież przez zło nie tknięte. Ono od ciemności było całkowicie wolne. Ono w cierpieniu było dziewicze i zostało tu śmiertelnie zranione. Oto właśnie w sercu samego Dziecka Miłości, Nowonarodzonego Dziecka Boga, pojawia się śmiertelne zranienie! Jaki mamy na to dowód? Otóż odtąd nie ma czasów, nie ma kraju, nie ma ludu, nie ma nawet jednego człowieka, który nie byłby naznaczony rozgrzanym do czerwoności ramieniem zła, grzechu, a więc i cierpienia. Jest to obecnie integralna część ludzkiego istnienia, ludzkiej historii i każdego ludzkiego życia. Przed tym nikt nie ucieknie i tu obrywają dokładnie wszyscy.
Ale jak to wytłumaczyć, że zło, grzech, cierpienie i śmierć mogą wychodzić z ludzkiego serca i ludzkich rąk? Człowiek jest przecież wyłącznie miłością. On od wieków potrafi jedynie kochać, kochać i jeszcze raz kochać? Jak może ktoś o najlepszym zdrowiu przekazać śmiertelny wirus? Jak może życie generować śmierć? Miłość generować nienawiść? Pokora - pychę? Światłość - ciemności? Piękno - okropność? Jak może Świętość generować grzech? To jest przecież niemożliwe. Coś tu musiało się stać. Jak mogliby kobieta i mężczyzna począć żmiję? Chyba, że weźmiemy pod uwagę przypadek manipulacji genetycznej. Ale nawet w tym wypadku jest to niemożliwe.
Czyżby doszło tu do jakiejś manipulacji dziełem stworzenia? Tak właśnie się stało! Ale nie mogli jej dokonać ani Adam, ani Ewa, której Adam jest sługą ("Kobieta bowiem - jak to powiedział Pius XII - jest szczytem i arcydziełem stworzenia". Wyszedłszy bezpośrednio z Serca Miłości, uczestniczą oni w samej niewinności Boga. Tak więc ktoś musiał się wtrącić, by skazić, zaburzyć, zakłamać. Jakiś wróg musiał wyłonić się zza krzewu. Wąż musiał wstrzyknąć im swój jad. Musiał tu zadziałać ktoś, kto nie mógł znieść miłości i piękna.
"Zło - jak to powiedział Paweł VI - nie jest jedynie brakiem dobra, jest skutkiem działania istoty żywej, duchowej, zdeprawowanej i deprawującej, istoty strasznej i zarazem tajemniczej". Kto neguje przerażające istnienie i aktywną obecność szatana niech powie tym, którzy przeżyli Dachau, Oświęcim, Katyń, że "Piekło nie istnieje!". Jeżeli tu ktoś wątpi, to znaczy, że stracił zdrowy rozsądek do tego stopnia, iż neguje najbardziej ewidentne oczywistości.
Dokładnie w tym samym czasie, kiedy pierwsza rysa pojawiła się w człowieku pociągnęła ona za sobą rysę drugą. Ataku serca doznał sam Pan Bóg. Tak jak ataku doznaje matka na widok syna popełniającego samobójstwo na jej oczach, jak ojciec wobec córki umierającej na raka, jak artysta na widok dewastacji swojego arcydzieła. Nie tylko stworzenie przeżywa wstrząs, ale również i samo Serce Boga zostaje na wskroś przebite. Nie tylko Adam i jego Ewa zostają śmiertelnie zranieni. Również zranienie to dotyka trzy inne Osoby: Ducha, Syna i Ojca. Dokładniej - Jedna z Trzech, zostaje śmiertelnie zraniona, a to zranienie doprowadzi Ją do śmierci. I to nawet do śmierci fizycznej.
Ten, który "wije się z bólu", gdy widzi śmiertelne zranienie swojego dziecka, wypowiada takie oto słowa: że też Ja sam, zamiast ciebie, Adamie, mój synu, Ewo, moja córko, nie mogłem umrzeć! Wolałbym, żebym to był Ja. I pewnego dnia Bóg rzeczywiście zajmie miejsce Adama i Ewy, zajmie nasze miejsce. Ponieważ dusza Jego umiłowanych została przebita, serce Boga też zostanie przebite; pewnego dnia włócznia rozedrze mu bok. Z tego rozdartego Boku wypłyną strumienie wody żywej, zdolnej uzdrowić świat. Również z tego rozdartego Boku, tak jak otwiera się matczyne łono, wyłania się Kobieta, Nowa Ewa.
Rodzi się mała dziewczynka. Rodziła się całkiem naga, z matczynego łona Boga, rozdartego, by móc porodzić. Rodzi się dziecko Jego żywota. Mała dziewczynka, która nigdy przedtem nie istniała. I która rozpoczyna swoje długie istnienie. Jakie jest Jej Imię? Trzeba wspiąć się na szczyt góry, by usłyszeć, jak Bóg wymawia imię swojej małej córeczki umiłowanej pośród wszystkich innych (zob. Wj 33 - 35). Staje przed Mojżeszem. Nie mówi: "Jestem, który jestem". To już zrobił. Nie mówi: "Jestem twoim Ojcem". Na to jest za wcześnie. Rzuca słowo dziwne, niepokojące, niezwykłe, nigdy dotąd nie słyszane: MIŁOSIERDZIE ("Jestem Tym, który temu, komu zechce, wyświadcza miłosierdzie" Wj 33,19).
"Miłosierdzie" jest to słowo tak niezwykłe, że stworzy nową galaktykę na niebie rzeczywistości. Nikt nie może zobaczyć Boga i pozostać żywym. A więc Bóg umrze, by wszyscy mogli Go zobaczyć. Tę Boską dobroć Mojżesz widzi tylko "z tyłu", jedynie ją przeczuwa. Na innej górze - na górze Tabor - zobaczy ją twarzą w twarz. Będzie ona miała.... twarz człowieka (zob. Łk 9,28-36).
Miłosierdzie nie jest wieczne, nie istnieje od zawsze. Ono się właśnie wtedy zrodziło. Miłość, która jest wieczna, przeobraziła się w miłosierdzie. Miłosierdzie to ta poruszona nędzą, cierpieniem i złem siła miłości.
Rodzi się ono ze złamanego serca. A do tej pory Serce Boga nie było zranione. Ale miłosierdzie nie jest wieczne także w drugą stronę. Nie będzie istniało zawsze. W ostatni wieczór świata, a raczej pierwszego ranka nowego świata, przestanie ipso facto istnieć. W momencie przyjścia Jezusa w chwale, miłosierdzie zostanie przyćmione promieniami Jego pełnego chwały Oblicza. W momencie Jego definitywnego zwycięstwa nad całym złem, a więc nad całym cierpieniem, miłosierdzie będzie mogło powiedzieć: "Ojcze, zakończyłem Twoje dzieło! Zrealizowałem misję, którą mi powierzyłeś. Wszystko się dokonało, teraz i na wieki!".
Miłosierdzie ma więc charakter tymczasowy, jest na jakiś czas. Kiedy nie będzie już nędzy, miłosierdzie umrze: ze szczęścia. Dozna ataku serca - z radości! Jeżeli mimo wszystko śpiewamy: "Na wieki będę sławił Twoje miłosierdzie", to będzie to wieczne dziękczynienie za miłosierdzie na ziemi. Tak więc pewnego bolesnego wieczoru Miłość stała się Miłosierdziem. Pewnego pełnego chwały i światłości poranka Miłosierdzie stanie się znów odwieczną Miłością w stanie czystym.
Miłosierdzie to Miłość, która nie może znieść zła i tolerować grzechu, nie może ścierpieć cierpienia i przyjąć śmierci. Miłość w obliczu grzechu, zła, cierpienia, i śmierci, staje bezradna. Dlatego też, tym bardziej się do nich przyzwyczaić nie może. Miłość się buntuje. To ona odrzuca wszystko, co ją niszczy, hańbi i fałszuje! Nic nie jest tak bardzo gwałtowne jak właśnie Miłosierdzie! I zobaczymy, dokąd ta gwałtowność je doprowadzi. Królestwo Miłości będzie musiało zostać odbite właśnie gwałtem.
Miłosierdzie nie może więc być spokojne, dopóki choć jeden z jego przyjaciół jest chory, zraniony i cierpiący. Miłosierdzie nie może pozostać bierne. Ono musi działać. Nie i nie! Nie ma tu w ogóle mowy, żeby kogoś pozostawić w mocy śmierci i płochliwie go porzucić, gdy jest on w szponach niewolnictwa. Nie ma tu mowy, żeby kogoś wydać ze związanymi dłońmi i stopami temu, który gwałci. Miłosierdzie jest gotowe na wszystko. Jest gotowe wyruszyć na koniec świata, zstąpić na samo dno człowieczeństwa, a nawet na samo dno piekła.
Jakżeż Miłosierdzie mogłoby pozostać zamknięte w wieży z kości słoniowej, podczas gdy jego dzieci umierają na chodniku? Jakżeż ono mogłoby pozostać niedostępne i nieczułe? Trzeba, by cała ludzkość mogła go dotknąć i by ono mogło dotknąć wszystkich po to, by uzdrowić każdą ranę.
Oto dochodzi do czegoś niesłychanego: Miłosierdzie wyczerpawszy już wszystkie inne sposoby zejścia na dno naszej nędzy, decyduje się przyjąć moje ręce, moje stopy, moje usta, moje uszy, moją twarz. Bym mógł go na własne oczy zobaczyć, mógł go na własne uszy usłyszeć i swoimi własnymi rękoma go dotknąć.
Miłosierdzie to nie jest ideą, abstrakcją, schematem, wirtualnym obrazem. Jest kimś. Staje się ciałem i krwią. Staje się cielesne. Miłosierdzie ma ściśle określoną fizjologię, unikalną psychologię, swoją morfologię. Nie można go z niczym porównać. Ono jest osobą.
Tak, Miłosierdzie staje się zygotą, zarodkiem, płodem, noworodkiem, niemowlęciem, dzieckiem, nastolatkiem, młodzieńcem. Miłosierdzie przechodzi przez moje dni, tygodnie, miesiące, lata. By je obmyć, uzdrowić, przemienić od wewnątrz. Ale by tego dokonać, Miłosierdzie potrzebowało matki, czyli młodej dziewczyny. Prosi ją o jej ciało. Pozwala, by ta kobieta, dzień po dniu kształtowało jego oczy, ręce, policzki, czoło, ramiona, płuca, usta...
Miłosierdzie poczęte w "żywocie" Ojca, zostaje poczęte w żywocie kobiety. Zostaje poczęte fizycznie. Miłosierdzie po hebrajsku: rahamim znaczy "matczyne łono"; W języku greckim (splagkhna) oznacza miejsce wyłonienia się życia, miejsce, gdzie zaczynamy istnieć, zaczynamy być. Oto z łona Ojca miłosierdzie zostaje zaszczepione w łonie matki, tam kształtują się oczy i usta, które wyśpiewywać będą miłość; dłonie i ręce, które będą czynić gesty i dzieła miłosierdzia.
Miłosierdzie, zrodzone w zamykającym się ogrodzie, rodzi się w środku nocy, w grocie, Betlejem! Zrodzone pewnego tragicznego wieczoru w Sercu Ojca, tej wspaniałej nocy, znajduje się w ramionach Matki. Zostaje zrodzone w środku nocy, by wszystkie nasze ciemności rozjaśnić. Zostaje zrodzone na skraju drogi, by przyłączać się do nas na wszystkich naszych drogach. Zrodzone w samotności, by zamieszkać we wszystkich naszych samotnościach. W owej grocie, pośrodku nocy, Miłosierdzie otrzymuje drugie imię, synonim: Joszua<=>Jezus. Co oznacza Miłość zbawia.
Nie mogący już dłużej wytrzymać, Ojciec! posłał Tego, do którego był przywiązany bardziej niż do wszystkiego innego. A posłał Go, "aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli" (Hbr 2,14-15). Warto popatrzeć na Niego, jak przemierza nasze drogi, "uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła" (Dz 10,38). On nie wyrywa kąkolu, ale staje się ziarnem zasianym w sercach tych, do których Zły przychodzi, by je porwać (zob. Mt 13,19). On idzie za nim na pustynię. By ograniczyć władzę tego, który jest ojcem wszelkiego zła, by go zmiażdżyć, a jego dzieła zniszczyć.
Gdy Mu zarzucają, że uwolnił z więzów "tę córkę Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi" (Łk 13,16)10, wzbiera w Nim gniew. Zło wywołuje Jego wzburzenie. Wywraca stoły przekupniów w świątyni (Mt 21,12-17; Mk 11,15; Łk 19,45). On, słodkie, pokorne Miłosierdzie, swoje przebaczenie rozsiewa pełnymi garściami. On rozsiewa je dokładnie wszędzie. On obdarowuje nim nierządnicę z Magdali i kochankę sześciu mężczyzn w Samarii, obdarowuje paralityka, poborcę podatków, a nawet łotra.
Ale to Miłosierdziu nie wystarcza. Ono idzie dalej, aż do końca tego, czym jest miłość. Miłosierdzie nie przyszło tylko po to, by do nas dołączyć, dla samej przyjemności bycia z nami. Z pewnością byłoby to wspaniałe. Nie przyszło też tylko po to, by dzielić z nami nasze cierpienie. Na pewno byłoby to wstrząsające. Miłosierdzie przyszło, by naszemu cierpieniu ulżyć i w końcu je usunąć. By nas z mocy samego zła wyrwać.
Dlatego też musi owego tyrana, przyczynę wszystkich naszych nieszczęść, zaatakować i to zaatakować we własnej osobie. Musi wprost stawić czoło temu, który jest sprawcą wszelkiego zła, który jest dominującym nad całym światem dyktatorem. Miłosierdzie będzie walczyć, gołymi rękoma, by ze szponów ciemiężyciela człowieka wyrwać. Ono stanie do pojedynku, staczając przerażającą walkę wręcz. Będzie walczyć, aż do ostatecznego zwycięstwa.
Miłosierdzie z tego boju wyjdzie śmiertelnie ranne, a raczej zranione na życie wieczne, ponieważ zachowa na swym chwalebnym ciele ślady walki na arenie. Zranione, ale na zawsze zwycięskie. Za wszelką cenę musi ono uratować miłość, czyli życie. Jest gotowe zapłacić za to najwyższą cenę. Ponieważ pierwotne trzęsienie ziemi spowodowało przelanie tylu milionów litrów krwi, Miłosierdzie przeleje swoją krew, całą swoją krew, aż do ostatniej kropli. Jego najczystsza krew oczyści zakażoną krew ludzkości. I oto Dziecię Miłosierdzie jest torturowane, skazane, a w końcu zostaje zabite.
Ono jest gwałtowniejsze od wszelkiej zazdrości, pójdzie nawet na tortury, by uwolnić choćby jednego ze swoich braci ze szponów zabójcy. By wyrwać swoje dzieci z gardła wilka. Miłosierdzie daje się udusić w walce wręcz, która całkowicie pozbawia jego ciało krwi.
Co więcej? Miłosierdzie zstępuje jeszcze niżej. Żadne zasieki z drutu kolczastego Go nie zatrzymują. W ciele przeszytym strzałami przekracza granice śmierci. O tym, co się wówczas dokonało mówią nam słowa biblii: "Siedzieli w ciemnościach i mroku, więźniowie nędzy i żelaza, [...] a On ich uwolnił od trwogi. I wyprowadził ich z ciemności mroku, a ich kajdany pokruszył. [...] Bramy spiżowe wyłamał i skruszył żelazne wrzeciądze. [...] Posłał swe słowo, aby ich uleczyć i uchronić ich życie od jamy dla nich przeznaczonej" (Ps 107,10.13-14.16.20).
Miłosierdzie każdego po kolei chwyta za przegub: "Wyjdź! Powstań z martwych! Będę twoim światłem! Rana mego boku uzdrowiła ranę twego serca!" I każdy wstaje, dziękując za ten cud: "Wysłuchujesz- jak to powiedział św. Efrem - jęków uwięzionych, oswobadzasz z więzów, które sami sobie zrobiliśmy!". "Wobec głosu Zbawiciela nie ma więzów, które trzymają. Moce piekielne drżą". "Dziś krew, która spływa z Krzyża, dociera do grobów i sprawia, że się odradza życie".
W ten więc sposób nadal zstępuje "do niższych części ziemi", aby porwać więźniów i "wstąpić ponad wszystkie niebiosa" (zob. Ef 4,8-10). W ten sposób zstępuje do piekła, gdzie zmagają się duchowo obłąkani ludzie. Zostają tu zerwane wszystkie przeznaczenia! Pozwolić przebaczeniu Jezusa zejść do otchłani swojego serca, to otworzyć przed Nim drzwi, do których to klucze zgubiliśmy my sami. On je wyważy. Pozwolić przebaczeniu Jezusa zejść do swojego serca, to zgodzić się na to, by uchwyciła nas Jego silna dłoń i wyrwała nas z najgorszego nawet piekła.
Miłosierdzie: jest to nie tylko cecha czy wymiar miłości. Jest to nie tylko jeden z atrybutów Boga. Od czasu upadku Jego dzieci jest to Jego Imię. Jest to Jego Imię własne. Bóg jest Miłosierdziem. Ponieważ On się Nim stał. Jego zaś naturą jest przebaczanie. Kiedy siostra Faustyna pisze, że miłosierdzie jest największym z Boskich atrybutów, nie podejrzewa, że święty Augustyn powiedział dokładnie to samo. Po wszystkie czasy historii, miłosierdzie to Jego własny sposób kochania nas. Nie potrafi kochać nas inaczej. To jest Jego zawód, Jego własne szczęście.
Ta właśnie Miłość oddziela grzech od grzesznika, wyrywa grzesznika z niewoli grzechu. Obejmuje grzesznika, niszcząc jego grzech. Przytula więźnia, by rozerwać jego kajdany. Schodzi korytarzem śmierci, ale niosąc ostatni werdykt, że został on ułaskawiony i zwolniony! Ta właśnie Miłość stała się Miłosierdziem: sercem, które przyjmuje nędzę, ale po to, by ją unicestwić! Każdy człowiek będzie mógł kochać. Jedynie Bóg, który jest czułością poślubiającą ludzkość w najgłębszym obszarze jej cierpienia posunie się do tego, że weźmie na siebie to cierpienie, "którego zaczął nam zazdrościć, jak tylko zaczęło ono człowieka zgniatać."
Miłosierdzie to Miłość, która człowieka ściga i idzie za nim do końca. Miłość, która go kocha wbrew jego wolności. Miłość, która nigdy, przenigdy nie przestaje kochać i kocha nawet tego, który kochać się po prostu nie pozwala. Czy w ogóle Miłość może robić coś innego niż kochać, czy Miłosierdzie może robić, co innego niż być miłosiernym? "Miłosierdzie!" Jest to słowo, które rodzi się nie tyle na gnoju ludzkiej nędzy, ile na sianie i drzewie swej biedy; biedy żłobka i biedy krzyża. Pod ciężarem miłości przyszedł nas zbawić. Nie mógł postąpić inaczej (zob. Tt 3,5).
Miłosierdzie jest to największa tajemnica Boga, w Jego sercu, tam, gdzie jest wyłącznie Bogiem. Jednym słowem, miłosierdzie to miłość dochodząca do granic miłości, by ocalić miłość.
Miłosierdzie zakończyło swoje dzieło, ze swojego serca dało dokładnie wszystko, przelało całą swoją krew i oddało całą swoją duszę. Gotowe jest wszystko oddawać jeszcze raz, i jeszcze raz, nawet dziś. Ale jak wielu ludzi tego chce! Jest źródło, ale kto pragnie? Ludzie umierają z pragnienia o dwa kroki od źródła. Czy źródło wyschnie, jeśli nie będzie spragnionych? Najgorsze zranienie w sercu Boga, to widzieć swoje własne "wybijane przez wroga" dzieci, które to ocalenie odrzucają. To widzieć dzieci, które umierają na chodniku, ale odpychają zatrzymującą krwotok opaskę. To wiedzieć cierpiące na najbardziej śmiertelną odmianę raka ukochaną osobę, która równocześnie lekarzowi trzaska przed nosem drzwiami.
Człowiek sądzi czasami, że nie jest on chory i lekarza nie potrzebuje. On miłosierdzia nie chce, bo przecież on w żadnej nędzy nie żyje. On przebaczeniem nie jest zainteresowany, bo przecież grzech nie istnieje! A po co mu Pan Bóg skoro bardzo dobrze daje sobie radę on sam?
Mamy za sobą wiek żelaza i krwi, nieprzerwaną wojnę stuletnią ludzkości przeciw ludzkości. Ideologie zabiły miliony niewinnych. Kraje bogate wysysają krew krajów ubogich. Opływający w luksusy pozwalają nędzarzom umierać u swoich drzwi. Przepaść między narodami najbogatszymi i najbiedniejszymi z roku na rok coraz bardziej zmienia się w ziejącą otchłań, dzielącą ludzkość na pół. Dzieci i młodzież sprzedaje się setkami tysięcy, jak świeże mięso, i w końcu zabija, zarażając AIDS. Dzieci muszą nosić broń i zabijać.
Ależ ksiądz wszędzie widzi zło! A my żyjemy przecież na najpiękniejszym ze światów... Czy rzeczywiście? Ludzie kradną, gwałcą, kłamią, wykorzystują innych, torturują, zazdroszczą, przeklinają, mszczą się, zabijają... Pomimo tej bardzo konkretnej rzeczywistości słyszymy nieraz, że grzech nie istnieje. Grzech? Jest to przecież takie niejasne i niewygodne słowo - trzeba się go pozbyć!
Jeśli ktoś zaprzecza istnieniu grzechu, jeśli postrzega go jedynie jako niewielką plamkę, nieistotny wypadek przy pracy, to taki człowiek jest naprawdę nieszczęśliwy. On z Ojca robi kłamcę, z Chrystusa uzurpatora, z Ducha fałszywego świadka. Jest on człowiekiem bardzo biednym i nieustannie jest dotknięty winą.
Jeśli myśli ktoś, że wszystko jest dobre, wszystko jest dozwolone, a grzech to zwykłe potknięcie psychologiczne, to takiemu człowiekowi szalenie trudno będzie odkryć, że jest Ktoś, do Kogo można zawołać, Komu można zaufać, Kto go zawsze przyjmie i przebaczy, uchwyci za rękę, podniesie i pełnym miłości gestem do siebie przytuli. Z takim człowiekiem to nawet sam Bóg sobie nie poradzi. Osoba ta bowiem nie daje Panu Bogu szansy by obdarował ją szczęściem. Pozbawia swoje serce tego, o co walczy sam Stwórca Wszechświata. A Boga robi mniejszym od swojego własnego rozumu.
Czyż nie przelano już wystarczająco dużo krwi po jednej i po drugiej stronie: po stronie człowieka i po stronie Boga, żebym ja jeszcze wątpił w straszliwą powszechną rzeczywistość grzechu i to bardzo wielkiego grzechu świata? Czy Męka Jezusa z jej okropnościami nie wystarczy, by mnie przekonać? Jeżeli trzeba było zejść do takiego piekła, czym to piekło, z którego Bóg chce mnie za wszelką cenę wyrwać, musiało być? Gdy uświadomię sobie wysokość zapłaconej ceny, będę mógł odkryć swoją własną wartość, bo to ja sam zostałem kupiony i odkupiony. Jeżeli zaś ja sam grzesznikiem nie jestem to i Zbawiciela po prostu nie potrzebuję.
To właśnie sakrament pojednania jest tą rzeczywistością, w której to wyzwalające, uzdrawiające, i już tu otaczające człowieka chwałą miłosierdzie, może nas osobiście dotknąć. Może nas dotknąć właśnie w tym bardzo konkretnym momencie naszego życia. To wielkie miłosierdzie, które obejmuje świat - inaczej on by przecież nie istniał - może osobiście dołączyć do mnie wyłącznie w przebaczeniu, które ja otrzymuję, a więc, o które najpierw błagam.
Przystąpić do spowiedzi znaczy rzucić się w ramiona Miłości. Sam gest jako taki jest wspaniałym świadectwem tego, że Bóg jest czułością, i że ja z całej mojej duszy w to wierzę, i że jestem tego pewien. Co robi Mojżesz, kiedy słyszy Imię, które przewyższa wszelkie inne imię? Otóż pada on na ziemię i oddaje pokłon. Woła: "Przebacz!" (zob. Wj 34). Nie pozostaje nic innego do powiedzenia. To jest wołanie serca w momencie spotkania Serca Boga. Krzyk miłości. Miłości, która odpowiada na Miłość. W końcu spowiedź jest właśnie spotkaniem dwóch miłości?
Zło, a więc i cierpienie na świecie, w stu procentach ma swoje źródło nie gdzie indziej, jak właśnie w pierwszym grzechu. Dwadzieścia procent (mniej więcej!) jest jakby narzucone z zewnątrz. Związane jest to z tym wielkim pierwotnym pęknięciem, dzielącym świat na dwa. Nie jesteśmy w stanie odwrócić kataklizmów naturalnych, zwłaszcza śmierci (można zmienić tylko swój sposób ich przeżywania). Ale osiemdziesiąt procent zła pochodzi z grzechów, które popełnia drugi człowiek. Można ich naprawdę uniknąć, można je wykorzenić. Tak jak brudne mikroby, które medycyna na koniec zwycięża, choćby były one bardzo zaraźliwe.
Kto ma wątpliwości niech popatrzy: wojny i ludobójstwa, niesprawiedliwości i korupcja, rozwody i porzucone dzieci, gwałty i zbrodnie. Wszystko to pochodzi bezpośrednio z pychy, egoizmu, nienawiści, zemsty, nieczystości, pragnienia władzy, pieniądza i wiedzy. Te grzechy, osobiste i zbiorowe, pociągają za sobą niezliczone, niewyobrażalne cierpienia. Znaczna większość cierpień pochodzi właśnie od tych śmiertelnych wirusów.
Dawane i otrzymane Miłosierdzie jest antidotum i zarazem antyciałem odpornym na to powszechne zarażenie się tym wirusem-prototypem. Ale trzeba tu pokornie zwrócić się w stronę źródła. W znakomitej książce sławny Sołżenicyn stawia niesłychanie świadomą diagnozę w kwestii obecności zła na świecie. Jedyny refren tych wspaniałych stron to: Bo zapomniano o Bogu!
Te swoiste pociski bakteriologiczne, grożące naszej ludzkości zmasowanym zniszczeniem, rozbraja, a nawet kasuje ta tak szalona rzeczywistość, jaką jest przebaczenie. Właściwie na przebaczenie czekają wszystkie narody o nim nieraz nic nie wiedząc. Dlatego też Apostołowie zostali wysłani na cały świat, by to przebaczenie głosić.
Miłosierdzie zakłada przebaczenie nawet wrogom. Jest to radykalna, absolutna nowość w historii ludzkości. Tylko Bóg może żądać czegoś równie "nieludzkiego" dla grzesznej ludzkości, ale też w pełni ludzkiego, dla ludzkości w świetle Boga. Na ludzką ziemię przebaczenie spadło jak meteor: obcy element dla postarzałej ludzkości, zużytej z powodu niedostatku miłości. Przebaczenie pochodzi z całkowicie innego świata, z tego świata, w którym wszystko jest wyłącznie miłością. Człowiek, który wzrastał w świecie, w którym przebaczenie było nieznane, bardzo wysoko ceni sobie jego absolutną świeżość. Odkrywa je, jako potajemnie wyczekiwany skarb.
Oryginalna założycielka rosyjskiego ruchu feministycznego "Maria", Tatjana Goriczewa, oświadcza: "Przeżyliśmy już piekło... I oto przyszło wyzwolenie, pojawiło się chrześcijaństwo, wraz ze swym pojęciem Bożego przebaczenia. Chrześcijaństwo wyzwoliło nas z karmy przeszłości. Żal za grzechy i spowiedź umożliwiają to, co przedtem było niemożliwe: przeszłość znika, jakby jej nigdy nie było. Kościół wyswobodził nas z tego, co poprzednio wydawało się nam nieprzezwyciężalne. Zamiast zmęczenia "wiecznego powrotu" pojawiła się niepowtarzalność zmartwychwstania. W Kościele wszystko stało się nowe... Wieczność, która się wtedy przed nami otworzyła, powodowała zawrót głowy, odbierając dech w piersiach".
Dziś zło osiągnęło już bardzo duże rozmiary. Rozpowszechniły się zbrodnie, a strach osiągnął takie natężenie, że pozostaje już tylko jedno wyjście: błagać o Miłosierdzie, otworzyć się na nie i pozwolić mu się uzdrowić. To Miłosierdzie zawsze i wszędzie ofiarowywane, ale prawie zawsze i wszędzie lekceważone, pogardzane, odrzucane.
Jan Paweł II, po Światowych Dniach Młodzieży w Toronto, potem w Meksyku, konsekrował bazylikę Miłosierdzia w Krakowie. A o Jego niesamowitej homilii Kardynał Schönborn powiedział, że: "Jest to klucz do przyszłości".
Pomóżcie człowiekowi współczesnemu doświadczać miłosiernej miłości Boga! Niech ta miłość w swej wspaniałości i miłosierdziu zbawi ludzkość! Jak bardzo dzisiejszy świat potrzebuje Bożego miłosierdzia! Na wszystkich kontynentach z głębin ludzkiego cierpienia zdaje się wznosić wołanie o miłosierdzie... Dlatego dziś w tym sanktuarium chcę dokonać uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu. Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat. Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść "iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście (por. Dzienniczek, 1732).Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście.
Z Dzienniczka świętej Faustyny Kowalskiej:
"Powiedz, córko moja, że jestem miłością i miłosierdziem samym. Kiedy dusza zbliża się do mnie z ufnością, napełniam ją takim ogromem łaski, że sama w sobie tej łaski pomieścić nie może, ale promieniuje na inne dusze. Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia mojego, osłaniam je przez życie całe, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinę śmierci nie będę im Sędzią, ale miłosiernym Zbawicielem. W tej ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę, prócz miłosierdzia mojego; szczęśliwa dusza, która przez życie zanurzała się w zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość. Napisz; Wszystko, co istnieje, jest zawarte we wnętrznościach mojego miłosierdzia głębiej niż niemowlę w łonie matki. Jak boleśnie rani mnie niedowierzanie mojej dobroci. Najboleśniej ranią mnie grzechy nieufności", Dzienniczek, 1074-1076.
Wieczór Paschy. Zbliża się północ. Jerozolima. "Sala na górze". Tam, gdzie trzy dni temu dał swoje Ciało i Krew, gdzie drzwi były zamknięte z obawy przed aresztowaniem i torturami, nagle ktoś zapukał. Kto to? To Kleofas wraz ze swoim przyjacielem. Wpadają zdyszani, biegli bowiem bez zatrzymania prawie dwanaście kilometrów. Nie mogą milczeć, dlatego też z trudem łapiąc oddech opowiadają, o zatrzymującej dech w piersiach przygodzie. On z nimi szedł. Oni Go w ułamku sekundy poznali. Tak, to na pewno był On! Nie duch, nie widmo: On przecież na ich oczach jadł. Nie skończyli jeszcze opowiadać, kiedy nagle we własnej Osobie przed nimi staje Chrystus i przenika do getta ich strachu. Nie wiadomo jak. Przez cały dzień spotykał ich to tu, to tam. Teraz pierwszy raz zastaje ich razem i kieruje do nich zaskakujące słowa: "Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone".
On! władzę, która zarezerwowana była, tylko i wyłącznie dla Niego, która należała wyłącznie do Boga, On swoją otrzymaną bezpośrednio od Ojca własną władzę, przekazuje tym ubogim, niewykształconym grzesznikom z Galilei. On przez nich obdarowuje swój Kościół. Przekazuje im największy ze swych przywilejów. Ale ponieważ to ich absolutnie przerasta, poprzedza to słowo niecodziennym gestem, którego jeszcze wobec nikogo nie uczynił. On na nich tchnie. Obdarowuje ich tchnieniem, które dało życie Adamowi (po hebrajsku ruah). Które sprawiło, że powstał cały wszechświat. On na nich tchnie i jak w przypadku sakramentu, wypowiada słowa, które nadają sens gestom: "Weźmijcie Ducha Świętego!".
On z tej grupki ludzi czyni stwórców. Oni będą odnawiać stworzenie poprzez przebaczenie, aż do skończenia świata i historii. I za każdym razem, kiedy powiedzą: "ja tobie odpuszczam", wówczas to tchnienie, z piersi samego Jezusa, dociera do serca grzesznika, przechodząc przez ich usta, choćby były one nie wiem jak skalane. Tchnienie to do nich nie należy, ale oni są jego przekaźnikami i wiedzą, skąd pochodzi i dokąd prowadzi. Przecież słowa "ja tobie odpuszczam" wypowiedziane bez rozkazu Chrystusa byłyby najgorszym bluźnierstwem.
Każda spowiedź to Pięćdziesiątnica. Każde odpuszczenie grzechów to wylanie Ducha. To tutaj rozwija się najbardziej twórcza moc Boga. Przebaczenie jest nawet czymś większym dla Boga niż stworzenie. Nicość i materia bowiem, dłoniom swojego Stwórcy, oporu stawiać nie mogą. Ale ludzka wolność może przed dobrymi dłońmi Boga uciekać. Wolność ludzka otwierająca się na przebaczenie Ojca, to jeden z największych cudów, jakie można sobie wyobrazić! Jedno z największych zwycięstw Boga.
W liście chrześcijanina z II wieku czytamy: "Odnawiając nas przez przebaczenie grzechów, uczynił z nas inną istotę, tak, iż mamy duszę dziecka, zupełnie jakby nas stwarzał na nowo. Oto jesteśmy na nowo stworzeni, my, o których prorok powiedział: "Tym, których Duch widzi zawczasu, wyrwę serca z kamienia i dam serca z ciała".
W Sumie teologicznej Tomasza z Akwinu czytamy: "Przebaczenie ludziom to dzieło większe od stworzenia nieba i ziemi".
Pascal z kolei mówi: "Bez Jezusa Chrystusa świat by nie przetrwał, bo albo musiałby zostać zniszczony, albo stałby się piekłem. Trwa wyłącznie dzięki Jezusowi Chrystusowi i tylko dla Jezusa Chrystusa".
Kapłan kładzie dłonie na głowie grzesznika, właśnie po to, by przekazać mu Ducha Świętego. Bo to On właśnie został posłany na odpuszczenie grzechów. To właśnie On grzech odnajduje, odsłania i go pokazuje, bo jak czytamy u Ewangelisty Jana: "Duch Święty doprowadzi was do całej prawdy. ...Przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie" (J 16,8.13).
Pan Jezus z małej grupki ludzi uczynił stwórców. Oni odnawiają stworzenie poprzez przebaczenie. Gdy się mówi o stworzeniu, mówi się równocześnie o życiu. Ten sakrament jest przekazywaniem życia. Pan Jezus udzielił swojego przebaczenia dopiero wtedy, kiedy sam został uwielbiony. A więc przekazał życie, które nie może już umrzeć, które już przeszło przez śmierć, życie nieograniczone, nieśmiertelne. W przeddzień Paschy Jezus zstępuje do piekieł, tak jak zstąpił w noc Judasza. Pochwycił łych, którzy wyciągali do Niego ręce, by ich przenieść do swojej chwały.
Ikona przebaczenia to ikona zejścia do piekieł. Baranek zstępuje do otchłani, aby jak nurek dotknąwszy dna basenu, jednym odbiciem dopłynąć do powierzchni. Nie sam jednak, ale razem z utopionym. Każde odrzucenie miłości to tak, jakby pozbawiać się tlenu. Właśnie z tego powolnego duszenia się, wyrywa nas ręka Tego, który Zmartwychwstał. Przywraca On nam atmosferę narodzin i życia. Oddychamy tchnieniem Ducha Świętego. Oddychamy w rytmie Serca naszego niebieskiego Ojca. Jak to określa Jan Paweł II: "Kościół oddycha płucami przebaczenia i miłosierdzia!".
Zanim Pan Jezus przekaże władzę przebaczania, zanim obdaruje Apostołów swoim tchnieniem, wcześniej jeszcze pokaże On źródło swojego przebaczenia i źródło Ducha Świętego. On pokazuje im rany swojego ciała. Rany, które były widoczne nawet na uwielbionym ciele. Mamy przed swoimi oczyma Baranka, który idzie i z własnej woli, wyciąga ręce pod gwoździe. Jego zaś dłonie zostają otwarte na zawsze. Warto się ze szczególną uwagą wsłuchać w wypowiedziane wtedy słowa, które przez okrutny ból zostają niejako wyrwane z Jego piersi. Przebacz! Przebacz! I jeszcze: Przebacz! Czyż nie ma On nic ważniejszego do powiedzenia? On spełnia swoją posługę. On celebruje swoją śmierć.
Pomiędzy rozszarpanymi dłońmi a aktami przebaczenia jest szczególnego rodzaju więź. On właśnie wtedy, gdy wbijano Mu w ręce gwoździe nie przestawał mówić: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". Dobrze przedstawia ten powtarzany akt w swym filmie Mel Gibson. Tak więc zanim ręce te mogły spocząć na Apostołach, aby uczynić z nich osoby uświęcające, musiały zostać dwa dni wcześniej przebite i to przebite na wskroś. Tak jakby te otwory w Jego ciele były potrzebne. Potrzebne zaś były po to, by naszą zbrukaną ziemię mogło z nieba zalać przebaczenie. Jakby były one jedynymi kanałami łączącymi źródło z nawadnianą ziemią. Krew spryskuje twarze tych, którzy uderzają młotkiem w gwoździe. A przebaczenie, za jednym zamachem, obmywa ich serce i twarz.
Po rękach i nogach, Pan Jezus pokazuje przebity włócznią bok. Ta zadana włócznią grzechu rana staje się źródłem, z którego bije uzdrawiająca grzesznika krew. Pogański oficer, który ranę zadał, zostaje tą krwią spryskany. Tym strumieniem krwi zostaje on ochrzczony. I zaraz krzycząc wydaje on świadectwo: "Prawdziwie, Ten był Synem Bożym" (Mt 27,54). Torturujący gangster, staje się dzieckiem-światłością. Ostrze włóczni zwraca się ku temu, który przeszył Jego ciało, ale zwraca się po to, by go przemienić! Dzięki tym właśnie ranom Jego wrogowie stają się Jego przyjaciółmi.
Ta Jezusowa krew, jako jedyna potrafi obmyć, oczyścić i uzdrowić. Jest to jedyna krew, która może spowodować, że krew ludzka nie będzie już marnowana, lekceważona, a nawet gorzej: przelewana. Pod tym jednym, jedynym warunkiem:, że z kolei ta Jezusowa Krew nie będzie marnowana i lekceważona. Bacz, byś jej nie marnował i nie wyjaławiał. Bo tylko ta Krew - jak mówi Apostoł Jan - "oczyszcza nas z wszelkiego grzechu" (1 J 1,7). "Kiedy od czasu do czasu przychodzę do konfesjonału - powiedział Paul Claudel - nie proszę o ciepłą wodę, by się umyć, proszę o Twoją krew [...], o strumień krwi prosto w twarz, jak ten, który zapewnił sobie setnik".
Krew ta nie tylko oczyszcza. Ona człowieka przemienia, ona go przebóstwia! Dlatego też z tego samego źródła wytryskuje jednocześnie inny strumień. Tryska strumień żywej wody Ducha. Tryska razem złączona Krew i Woda, albowiem Krew Jezusa płonie ogniem. W tej płonącej ogniem Krwi, płonie Duch-Miłość. Ponieważ została wylana Krew, Duch rozprzestrzenia się właśnie przez Krew i we Krwi. Pierwszy męczennik, Jezus, przelewa Krew i daje Ducha.
On zanim tchnął swojego Ducha i przekazał władzę przebaczania, wskazał również na samo źródło. A prorok podpowiada nam, czym to źródło jest: "Będą patrzeć na tego, którego przebili" (Za 12,10). Ja nie mogę zanurzyć się w tym oczyszczającym i przemieniającym źródle, nie kontemplując tego, któremu przecież sam Serce przebiłem.
Popatrzmy! Pan Jezus - jak to określa Ewangelista Jan - przyszedł "po ośmiu dniach" (J 20,26). Kierujący się boską intuicją Tomasz, żeby mógł uwierzyć, zażądał zobaczenia nie Jego chwały czy cudów, ale prosił on jedynie o możliwość zobaczenia Jego ran. Możliwość zobaczenie znaków na Jego ciele, świadczących o tym, jak daleko posunęła się Jego Miłość. Znaki te były dla niego argumentem, że jego Bóg nie jest jakąś "wielką kosmiczną całością, w której można się roztopić". Pan Jezus po raz kolejny w Wieczerniku pojawił się właściwie, ze względu na Tomasza. Pojawił się po to, by mu powiedzieć: "Tak Tomaszu zanurz swoją dłoń w otwartym na oścież boku i zobacz, jak bardzo cię twój Ojciec kocha!
Ta scena z Wieczernika zaprasza nas nie tylko do tego, by to Jezusowe, otwarte Serce oglądać, ale, by razem z Tomaszem go dotykać. A raczej: ze wszystkimi świętymi ukryć się w nim i schronić.
Pan Jezus zwraca się do Ojca z prośbą o współczucie dla całej ludzkości i zaraz potem okazał je ukrzyżowanemu obok gangsterowi. Najpierw obaj Go lżą tak, jak to robią inni spod krzyża. Ale to właśnie w tym z prawej strony łotrze, zadrgało serce. Co się stało? Możemy jedynie się domyślać. Z pewnością poruszyła go łagodność dosięgającego go spojrzenia, i nagle, zamiast skazańca ociekającego potem i krwią, zobaczył swego Króla!
Widzi obnażonego mężczyznę, a dostrzega Władcę w majestacie i szepcze Mu prościutką modlitwę. Ta zaś modlitwa przetrwa wieki. A jest modlitwą biednego pośród biednych, jest jedną z najpiękniejszych, jakie istnieją. Płynie bowiem z głębi serca: "Wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa". To już wszystko. Prosi jedynie o wspomnienie. Ale on modlitwę powtarza, on naciska. Jezus daje mu wszystko, daje mu królestwo, daje raj! Za pierwszym razem to słowo "raj" znikło po zamknięciu ogrodu; pojawia się ponownie w ustach Jezusa dokładnie w momencie, kiedy wprowadza On tam swego przyjaciela.
Ale zanim wypowie swoją prośbę, ten dobry gangster jako jedyny odważa się stanąć w obronie Jezusa, być adwokatem Boga podczas Jego Męki. Ryzykując, że sam zostanie znieważony, odważa się zaświadczyć: "On nic złego nie uczynił". W rzeczywistości ten winny staje się świadkiem niewinności Boga. A niewinny Jezus obdarza go swoją niewinnością. Pan Jezus skrapia go swoją Krwią i przed swoim Ojcem bierze go w obronę.
Ta odpowiedź Jezusa to pierwsza w historii kanonizacja. Zapewnić go, że będzie w raju, to powiedzieć, że w tej samej chwili staje się świętym. Na Wschodzie na przykład dobrego łotra darzy się wielką czcią, często przedstawia się go po lewej stronie ikonostasu. Ten, który zdawał się być na dnie przepaści, staje się pierwszym, który nas prowadzi i w naszym imieniu wchodzi do królestwa.
Historia Dobrego łotra to dowód, że przebaczenie - tak jak i świętość - jest całkowicie darmowym darem Boga. Ono jest darem niezależnym od naszych zasług. Tu wystarczył jeden krzyk serca w ostatniej chwili, by nagle otworzyło się przed nim niebo. Jezus wybiera na prototyp świętości (człowieka, który wydaje się najmniej do tego zdolny! Otwiera on drzwi, toruje przejście do raju dla tłumu. A więc nigdy, naprawdę nigdy nie można pomyśleć, że "tu jest już za późno"!
Jeden z wysokich funkcjonariusza wymiaru sprawiedliwości - Fernand Lequenn - powiedział: "W każdym kryminaliście jest odrobina człowieczeństwa, w którą nie wątpię. W najzatwardzialszych bandytach zostaje cząstka człowieczeństwa. Bóg jest większy od ich przepastnych serc. Między chwilą, w której ktoś skacze ze skały, a tą, w której się zabija, mieści się cała wieczność i miejsce na wieczność Boga... Ja, który wielu z nich sądziłem, wiem, że nie ma zbrodni, których Bóg nie mógłby wymazać. Wierzę, że żadna nienawiść nie wytrzymałaby próby tej miłości. Łotr z Wielkiego Piątku otwiera drzwi i przeciera szlak dla wielu, wielu innych, jestem tego pewien. Prawdą jest, że ocierałem się o piekło, że czasem od tego czułem zawrót głowy. Ale to było piekło zrobione ręką człowieka. Potrafimy stworzyć otchłań, ale nie jest ona bez dna. Musiałem być surowy jako funkcjonariusz sądowy, ale nie musiałem okazywać braku nadziei wobec ludzi, nawet, jeśli wydawali się całkowicie straceni. Życie ludzkie nigdy nie przestaje być domeną Ojca, nawet, kiedy kąkol zdaje się zagłuszać wszystko. Człowiek nie jest tylko ciałem, ale odbiciem Ducha. Odwieczny Bóg chciał człowieka i nie pozostawił go jego nocy. W każdym istnieniu, zawsze jest jakby dno Boga... Klęska zdecydowanie nie jest ostatnim słowem".
Dla doświadczonego francuskiego sędziego nikt nigdy nie jest za daleko, nie jest zbyt zgubiony, zbyt stracony. Dla Niego człowiek zepsuty nie istnieje!
Święty gangster swoje własne grzechy wyznaje z całą pokorą. Spowiedź jest to wyznanie naszej nędzy. Wyznaję nie tylko to, że jestem grzesznikiem, ale także to, że naprawdę zgrzeszyłem, by mi Jezus przebaczył i pomógł mi wyrwać korzenie tych grzechów. Jeśli będąc chory nie chcesz powiedzieć lekarzowi o symptomach swojej choroby, to trudno sobie wyobrazić, że on będzie mógł mi rzeczywiście wyleczyć.
Wyznanie grzechów jest podstawowym aktem umożliwiającym przebaczenie. Naturalną skłonnością jest minimalizowanie grzechu. Oczywiście, rozmaite okoliczności zmniejszają wagę grzechu, złożone uwarunkowania tłumaczą go, głębokie rany (zwłaszcza z dzieciństwa) w dużym stopniu zmniejszają odpowiedzialność. Oczywiście, częściej jestem ofiarą niż winnym (z pewnością w życiu ukrzyżowanego gangstera znalazłyby się wydarzenia tłumaczące jego zbrodnie). Ale tu ja muszę mieć odwagę, być człowiekiem szczerym i prawym, by za swoje własne czyny wziąć odpowiedzialność na siebie.
Nie jestem przecież kukiełką czy marionetką manipulowaną przez innych. Jeśli chodzi o grzech, zawsze jest ten moment, w którym - w taki czy inny sposób - na niego się zgodziłem. Choćby ze słabości. Moje sumienie oskarża mnie jak prorok Natan króla Dawida: "Ten człowiek to ty!". Nie zaprzeczam, nie dyskutuję, nie usprawiedliwiam się, nie zrzucam winy na innych. Przyznaję się i mówię: to jest prawda. Tu nie można się wstydzić i bać. Nie stoję przecież przed trybunałem, który zaraz mnie potępi i wymierzy mi karę. Stoję przecież przed swoim Zbawcą. Stoję przed lekarzem: pokazuję mu swoje rany. Staję przecież przed najdelikatniejszym ze wszystkich kiedykolwiek narodzonych z kobiety. Stoję przed Miłosierdziem, staję przed uosobionym Współczuciem.
Wystarczyło jedno zwykłe spojrzenie
Między Światłem i gangsterem, Świętym i zabójcą, Zbawicielem i grzesznikiem, wszystko rozegrało się na płaszczyźnie spojrzeń. Co odwróciło serce dobrego łotra! Nieskończona dobroć spojrzenia Jezusa. Tu wystarczyło jedno zwykłe spojrzenie. Ale... jakie spojrzenie! Takie, jakim nikt nigdy nie patrzył. Są oni blisko siebie, ramię w ramię, ale pochodzą z przeciwległych brzegów. Jeden nosi niebo, drugi piekło. Ich spojrzenia są jakby były z dwóch odrębnych galaktyk, a tu dzieli ich jeszcze nie do pokonania dystans. Ile to lat świetlnych potrzeba, by go przebyć?
Spojrzenie miłości przeszywa bardziej niż światło: nie ma tu dystansu, którego by nie mogło pokonać. Istnieje tu tylko jeden warunek: trzeba się tylko dać trafić, dać przebić i zranić. I nagle, właśnie gangster daje się zranić światłu. Spojrzenie, które zstąpiło z nieba, wydobywa go z jego piekła. Jedno spojrzenie-światło sprawia, że pokonane zostają tu wszelkie przeszkody. Światło przeszło, z jednego krzyża na krzyż drugi i od tego momentu już żadna nędza nie pozostanie poza zasięgiem miłosierdzia.
Popatrzmy! (Kilka godzin wcześniej, Piotr grzeje się przy ogniu. I trzęsie się ze strachu przed służącą: "Nie, nie! Ja tego gościa nie znam!". Ale nad ranem Jezus koło niego przechodzi. Nie może go dotknąć: ma On bowiem związane ręce. Nie może też mówić. Może wykonać tylko jeden gest: wysłać mu spojrzenie swych wielkich oczu o źrenicach rozszerzonych ogromem potworności grzechów świata. Tych grzechów, które z przerażeniem kontemplował, aż został przez nie - w Getsemani zgnieciony. Ale to spojrzenie jest tak przenikliwe, tak łagodne i czułe, że z oczu Piotra płyną łzy. Jego gorzkie serce staje się słodkim źródłem.
Oto młoda dziewczyna przyłapana w trakcie stosunku z chłopakiem. Trzeba ją ukamienować. Prawo jest prawem. Ona jest przerażona myślą, że Jezus ją potępi. Ale oto On całkowicie odwraca sytuację: odsyła mężczyzn do ich własnych grzechów, wzbudza w nich wstyd. Jeden po drugim wycofują się. Ona drży. I oto pozostają we dwoje sami: Mężczyzna i kobieta. Niewinny i winowajczyni. Zbawiciel i grzesznica. Światłość i cudzołóstwo. Miłosierdzie i nędza. Najczystszy i zbrukana.
Jezus aż dotąd spuszczał wzrok, by jej nie poniżać. Teraz patrzy się na nią i jest to pierwsze prawdziwe, czyste spojrzenie, jakim kiedykolwiek została ona obdarowana. Spojrzenie to dodaje jej odwagi i ona też się na Niego patrzy. Patrzą sobie prosto w oczy, Bóg i kobieta! Kochają się! Ze strony Jezusa nie ma żadnego wyrzutu, nagany, upomnienia! Tylko łagodne: "Nie grzesz więcej!". On kobiety nie potępia, ale też nie usprawiedliwia jej grzechu. Broni kobiety, ale piętnuje jej grzech. On grzesznika kocha i z jego grzechu go wyzwala.
Miriam z Magdali to Jezusowe spojrzenie zrozumiała, bez słów. To spojrzenie wydobyło z piasku źródło łez w oczach Piotra. To spojrzenie przerzuciło gangstera z jednego świata w drugi. To właśnie spojrzenie - nie inne tylko to samo -spoczywa teraz i na tobie i na mnie. Czyż wizjoner Jan nie powiedział w Apokalipsie, że "oczy Jego jak płomień ognia" (Ap 1,14)? Czy naprawdę chcę stanąć w świetle? W świetle Jego oczu. Przy każdej spowiedzi Jezus obdarowuje mnie tym tak łagodnym, a zarazem oświecającym spojrzeniem. Każda zaś spowiedź jest właśnie niepowtarzalną wymianą spojrzeń.
Jezus mówiąc o Bożym miłosierdziu, posługuje się przypowieściami, które bardzo głęboko wchodzą w ludzkie serce i szokują. Są one dla nas wielkim światłem na drodze spotkania z Miłosierną Miłością Boga
Miłosierdzie Boga - zgodnie z Ewangelią o Synu marnotrawnym (Łk 15,11-32) - to zgoda na mój powrót, niezależnie od tego, jak daleko od Niego odszedłem. Bóg nie jest mściwy, a na człowieka nigdy On krzyczał nie będzie i nigdy do nas nie powie: "Człowieku! Ty ode mnie odejdź! Jak ty po tym, co zrobiłeś śmiesz prosić o przebaczenie?" Miłosierdzie Pana to Jego otwarte ramiona witające powracającego z pustymi kieszeniami syna. Właśnie o takim Bożym miłosierdziu zaświadczył Pan Jezus raz na zawsze, gdy na krzyżu rozciągnął swe ramiona, aby na nas czekać i wszystkim, którzy wracają rzucić się na szyję i ich ucałować. Zawsze mogę do Niego powrócić, nigdy mnie On za drzwi nie wyrzuci. Zawsze w progu przywitają mnie otwarte ramiona czekającej Miłości.
Czym w świetle przypowieści o zagubionej owcy (Łk 15, 1-8) jest Boże miłosierdzie? W oparciu o historię marnotrawnego syna, można powiedzieć, że miłosierdzie to wyraża się w gotowości przyjęcia człowieka nawet wtedy, gdy powraca on po jakimś szalonym "skoku na bok". Przypowieść o zagubionej owcy mówi jeszcze coś więcej, objawia ona bowiem jeszcze bardziej szokującą prawdę. Bóg nie tylko jest gotów grzesznika przygarnąć, ale On sam grzesznika szuka. Nie siedzi z założonymi rękami. On wybiega i wchodzi w świat, aby swoją zgubę odnaleźć. Bóg jest miłosierny, a Jego miłosierdzie, które zawsze jest aktywne i w kierunku człowieka wysyła różne sygnały, zmusza go do udzielania bardzo konkretnej odpowiedzi. Bóg bardzo często posługuje się tu żyjącymi obok nas ludźmi. On niekiedy podsyła do mnie człowieka, który pomaga mi zobaczyć, że zaszedłem za daleko, że grozi mnie jakieś niebezpieczeństwo, czy nawet duchowa śmierć. Bóg w swoim miłosierdziu człowieka szuka. Dopada go niekiedy w wewnętrznym smutku i wzbudza pragnienie innego, bardziej sensowne życia. Bywa i tak, że poszukujący nas Bóg, ściśnie ludzkie serce żalem z tego powodu, że nie umie ono już kochać, że rani swoim egoizmem innych. Wówczas to Bóg wkłada w ludzkie serce tęsknotę za prawdziwą miłością.
Sięgnijmy może po jeszcze jeden przykład Bożego miłosierdzia, na który wskazuje nam sam Pan Jezusa: Otóż któregoś dnia, po kolejnej kłótni z Janem, podszedł do swojego Mistrza Apostoł Piotr. Był on zazdrosnym o swoją własną pozycję pierwszego wśród Apostołów. Piotr zapytał Jezusa tak: "Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?" Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci, że aż siedem, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy" (Mt 18, 21-22). Wszystko to musiało być dla Piotra po prostu szokiem. On chcąc podkreślić swoją wielkoduszność, podał aż tak zawyżoną, jego zdaniem, liczbę. I tu został znokautowany całkowicie. Otrzymał bowiem nakaz, by przebaczał zawsze gdy o to poprosi winowajca. Cała ta scena pokazuje jedną zasadniczą różnicę między naszym, ludzkim podejściem do przebaczenia, a podejściem samego Stwórcy. My traktujemy je w kategoriach rzuconego ochłapu naszej pseudo-wielkoduszności. W głębi zaś serca mówimy sobie tak: "Postąpiłeś jak ostatni łajdak i rzeczywiście nim jesteś, ale ty draniu poznaj moją dobroć, ja ci wybaczam". Za którymś razem pomyślimy sobie: "Zejdź mi z oczu, ja się ciebie brzydzę i ty już na nic nie licz". Pan Bóg mówi tu zupełnie inaczej: "Najbardziej w świecie pragnę tego, żebyś zło, w które się wikłasz natychmiast porzucił i biegł do mnie piękną i prostą drogą kochając swoich bliźnich. Moje kochane dziecko, choćby to była nawet milionowa próba w twoim życiu ja zawsze jestem gotów ciebie wesprzeć. Nigdy się nie zmęczę i zawsze będę ci dodawał sił do nawrócenia, ponieważ Ja ciebie kocham". Bóg przebacza zawsze! Oznacza to, że On nigdy nie powie: "Człowieku, mówię ci otwarcie, że to już jest ostatni raz, potem nie próbuj nawet ze mną rozmawiać". Próg cierpliwości Boga, który spowodowałby Jego odmowę przebaczenia, po prostu nie istnieje. Jedynie tego, czego możemy się naprawdę bać, to naszego zacięcia się w grzechu.
Zwrócone na mnie Spojrzenie Boga widzi we mnie przede wszystkim dobro, światło, głębię, które sam dał. Odkrywa zło dopiero zauważając niedostatki miłości, braki światła, dziury w dobru. Spowiedź jest to błogosławiona chwila, w której Bóg użycza mi swego własnego spojrzenia na mnie. Widzę się takim, jakim Bóg mnie widzi.
Nie można prosić o przebaczenie, nie zrozumiawszy najpierw, że grzech rani Serce samego Ojca. Ale nie można też tego zrozumieć, nie będąc poruszonym tym, jak bardzo mnie Pan Bóg kocha. Im więcej jest światła w pomieszczeniu, tym lepiej widzę brud. Mini kurz, który wdycham, mogę dostrzec tylko w promieniu słońca. Tak więc święci czują potrzebę przebaczenia. Najmniejsza niedelikatność, najmniejsza niewierność wydaje się im wielkim grzechem, widzianym w światłości Boga. Jedynie tak tłumaczę sobie to, że święci tacy jak Jan Paweł II czy Matka Teresa, spowiadają się nie tylko raz na tydzień, ale, przynajmniej czasami... codziennie! Ci, którzy najmniej tego potrzebują, spowiadają się najczęściej!
Kiedy Piotr pada na kolana na dnie nędzy, woła: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny" (Łk 5,8). Dlaczego? Bo właśnie zobaczył moc Jezusa w cudzie połowu. Kiedy Izajasz woła w świątyni: "Biada mi! [...] jestem mężem o nieczystych wargach!" (Iz 6,5), to dlatego, że właśnie ujrzał serafinów wyśpiewujących świętość Pana. Wtedy jeden z nich oczyszcza mu wargi rozżarzonym węglem. Rozżarzony węgiel, Boskie przebaczenie! Ogień pożerający nasze grzechy w żarze Jego Serca!
I odwrotnie, kontemplując nie Jego chwałę i moc, lecz piękno - wyrażone w Jego ranach i na Jego zniekształconej twarzy - uświadamiam sobie, jak bardzo grzech mnie rani, zło mnie zniekształca, niewierność mnie niszczy. Rozpoznaję się w niej jako winny za wszystkich. Czuję się w niej zniekształcony. Jego rany mówią mi, co zrobiłem z Jego życiem. Patrzę na to poszarpane ciało, którego sekretem jest twarz. Każde zranienie, każde stłuczenie, każda otwarta rana zadaje mi pytanie (Iz 1,5; Jr 7,19). Czyżby On przyjął je z nadzieją wyleczenia mnie z ram moich?
Kościół katolicki zawsze walczył o następującą prawdę: (ponieważ miłosierdzie jest nieskończone, nie ma takiej zbrodni, która nie mogłaby zostać przebaczona. (Niektórzy uważali, że ludobójstwo, bałwochwalstwo czy cudzołóstwo są absolutnie nie do przebaczenia.) Grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym mówi Jezus, nie może zostać przebaczony właśnie dlatego, że jest odrzuceniem przebaczenia (jest zarówno odmową zgody na przyjęcie Boskiego przebaczenia, jak i odmową przebaczania innym). Duch sam jest Przebaczeniem, a Przebaczenie nie może nigdy zostać narzucone.
Ale w olbrzymiej gamie wszelkiego rodzaju grzechów są dwie wielkie kategorie: te, które w nas łaskę zabijają - grzechy śmiertelne, i te, które nie godzą bezpośrednio w nasze podstawowe ukierunkowanie na Boga - grzechy powszednie. Pierwsze niszczą miłość, drugie ją ranią. Jezus rozróżniał między belką i źdźbłem. Jan Paweł II: "Grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą". Trzeba więc wolnej woli i niezmąconej świadomości wykonywanego czynu.
Niektóre jednak grzechy są w swej materii wewnętrznie ciężkie: "Są złe zawsze i same z siebie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że "istnieją akty, które jako takie, same w sobie, niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot" (Veritatis splendor, 79).
Pomyślmy o takich czynach jak zabójstwo (w tym o aborcji czy eutanazji). W Katechizmie Kościoła Katolickiego (1861) czytamy: "Jeśli nie zostanie wynagrodzony przez żal i Boże przebaczenie, powoduje wykluczenie z królestwa Chrystusa i wieczną śmierć w piekle; nasza wolność ma bowiem moc dokonywania wyborów nieodwracalnych, na zawsze". Grzechy te, odwracając nas od Boga, ipso facto sprawiają, że Go tracimy... że nie docieramy do naszej niebiańskiej stacji końcowej. Pozbawiają nas łaski, odbierają chwałę. Należy to potraktować bardzo poważnie.
Co należy przedstawić spojrzeniu Pana?
My nie spowiadamy się ze skłonności czy wad, ale z takiego czy innego konkretnego, ściśle określonego czynu. Nie należy się oskarżać o bycie grzesznikiem w ogóle, ale trzeba się oskarżyć, że faktycznie popełniłem taki czy inny konkretny grzech. Ważne jest, żebym czasem uściślił okoliczności (nie usprawiedliwiając się jednak), które mogą w istotny sposób zmienić rozmiar mojej winy, zmniejszyć odpowiedzialność lub przeciwnie, moją odpowiedzialność zwiększyć. Nie mogę zresztą zapominać o grzechach, które zaistniały ze względu na moje zaniedbanie. Wszystko, co mogliśmy zrobić, a nie zrobiliśmy: Nie daliście Mi jeść, pić... (Mt 25,42; Łk 12,44-47; Łk 16, 19-31).
Ja muszę również unikać mówienia absolutnie wszystkiego, w sposób pedantyczny. Muszę skupić się na grzechach głównych i unikać popadania w skrupuły, które są nie, czym innym, lecz tylko patologią duchową. Nie mogę biadolić i mówić, że zawsze to samo, że u mnie to już rutyna. W takim razie, po co znowu mam iść do dentysty, skoro wcześniej już u niego byłem. Czy też po co się myć, skoro i tak się ponownie zabrudzę. Ale wówczas jak interesujący byłby mój zapach.
"Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki. Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyli. Jeśliby nawet ktoś zgrzeszył, mamy Rzecznika u Ojca - Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata." (1 J 1,8 - 2,2)
Świadomość zranienia wywołuje nie wyrzuty sumienia, lecz skruchę. Wyrzut prowadzi do śmierci. Skrucha prowadzi do nadziei. Judasza dręczyły wyrzuty: od tego umarł. Piotr płacze ze skruchy: staje się na nowo dzieckiem. Popatrzmy (Miłość pada na kolana przed Judaszem i obmywa mu jego nogi. Swoimi Boskimi ustami je całuje. To Jezus pierwszy pocałował Judasza. Bóg całuje stopy zdrajcy, zanim ten złoży pocałunek na Jego ustach. Miłość pierwsza to czyni! To jeszcze nie wszystko: daje mu chleb, który stał się Ciałem. I oto Judasz wychodzi. Brutalnie zakłóca konsekrację. Jak mógłby pić z kielicha Boga, on, który już pije z kielicha szatana?
Judasz otrzymał w ten wieczór Chleb Życia i z pokoju tego wyszedł. Tu paliło się zbyt wiele świateł i wszedł on w noc. Ale miłość nadal za nim podąża i wchodzi w noc, w której on jest. Chce do niego za wszelką cenę dołączyć. Właśnie w mrocznym ogrodzie, Światło spotyka się z ciemnością.. Gdy tylko zdrajca się pokazuje, Kapłan wstaje. I Kapłan daje się pocałować zdrajcy.
Wystarczyłoby, żeby zdrajca przez chwilę spojrzał Mistrzowi w oczy. Spojrzenie Miłości na Judasza jest takie samo jak to, które chwilę później spocznie na Piotrze. Zdolne zrobić z Judasza w okamgnieniu wielkiego świętego. Ale spojrzenie Boga nie spotyka spojrzenia Judasza. Żadnej odpowiedzi. Oczy Judasza odwracają się: jego twarz zacina się. Serce się buntuje.
Wobec wolności prawda jest bezsilna. Jej jedyna broń, to Spojrzenie. Spojrzenie, które chce jedynie zobaczyć wspaniałość ukrytą w ludzkim sercu.
por. Daniel Ange Przebaczenie
opr. Stanisław Gołąb OP
Gidle, 15-18 czerwca 2006
| |