Strona Główna
 Sanktuarium
 Nasza Patronka
 Skrzynka Intencyjna
 Rekolekcje (cz. I)
 Rekolekcje (cz. II)
 Fraternia bł. Imeldy
 Napisz do nas
Rozmiar: 48041 bajtów

Rekolekcje
dla Fraterni św. Zdzisławy

Rekolekcje wygłosił o. Stanisław Gołąb
(15-18 czerwca 2006)


Każdego dnia naszych rekolekcji ojciec Rekolekcjonista przytaczał jedno świadectwo na działanie Miłosierdzia Bożego w życiu człowieka. Drukujemy je poniżej:.



  • Śmierć Chopina
  • André Frossard
  • François Mitterrand
  • Emil Zola

    Śmierć Chopina

    List księdza Aleksandra Jełowickiego do Ksawery Grocholskiej

    Paryż, 21 października 1849 r.


    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
    Przezacna Pani!
    Jeszcze pod wrażeniem śmierci Chopina piszę o niej słowo. Umarł 17 października 1849 roku o godzinie drugiej z rana. Od lat mnogich życie Chopina było jak na włosku. Ciało jego, zawsze mdłe i słabe, coraz bardziej się wytrawiało od ognia jego geniuszu.
    Zawsze słodki i miły, i dowcipem wrzący, a czuły nad miarę, zdawał się już mało należeć do ziemi. Ale, niestety, o Niebie nie myślał. Miał on niewielu dobrych przyjaciół, a złych, tj. bez wiary, bardzo wielu; ci zwłaszcza byli jego czcicielami... Pobożność, którą z łona matki Polki był wyssał, była mu już tylko rodzinnym wspomnieniem. A bezbożność towarzyszów i towarzyszek jego lat ostatnich wsiąkała coraz bardziej w chwytny umysł jego i na duszy jego jak chmura ołowiana osiadła zwątpieniem. I tylko już mocą wykwintnej przyzwoitości jego się stawało, że się nie naśmiewał głośno z rzeczy świętych, że jeszcze nie szydził. W takim to opłakanym stanie schwyciła go śmiertelna piersiowa choroba.
    Wieść o tym spotkała mię, więc przy powrocie moim z Rzymu do Paryża. Wnet pobiegłem do tego od lat dziecinnych przyjaciela mego, którego dusza tym droższa mi była. Uścisnęliśmy się wzajem, a wzajemne łzy nasze wskazały nam, że już ostatkami gonił... Skorzystałem z tej tkliwości jego, aby mu przypomnieć Matkę... i jej wspomnieniem rozbudzić w nim wiarę, której go była nauczyła. "Ach, rozumiem cię, rzekł mi, nie chciałbym umrzeć bez Sakramentów, aby nie zasmucić Matki mej ukochanej; ale ich przyjąć nie mogę, bo już ich nie rozumiem po twojemu.
    Upłynęły długie miesiące w częstych odwiedzinach moich, ale bez innego skutku. Modliłem się wszakże z ufnością, że nie zaginie ta dusza. Modliliśmy się o to wszyscy zmartwychwstańcy, zwłaszcza w czasie rekolekcji. Aż oto 12 bm. wieczorem przyzywa mię, co prędzej doktór mówiąc, że za nic nie ręczy. Drżący od wzruszenia stanąłem u drzwi Chopina, które po raz pierwszy przede mną zamknięto. Jednak po chwili kazał mię wpuścić, lecz tylko na to, aby mi rękę uścisnąć i powiedzieć: "Kocham cię bardzo, ale nic nie mów, idź spać".
    Nazajutrz przypadł dzień św. Edwarda, patrona ukochanego brata mojego. Ofiarując za jego duszę mszę świętą, tak prosiłem Boga: O Boże, litości! Jeżeli dusza brata mego Edwarda miłą jest Tobie, daj mi dzisiaj duszę Fryderyka! Więc ze zdwojoną troską szedłem do Chopina. Zastałem go u śniadania, do którego gdy mię prosił, ja rzekłem: "Przyjacielu mój kochany, dziś są imieniny mego brata Edwarda". Chopin westchnął, a ja mówiłem tak dalej: "W dzień mego brata daj mi wiązanie". "Dam ci, co zechcesz", odpowiedział Chopin, a ja odrzekłem: "Daj mi duszę twoją!". "Rozumiem cię, weź ją!", odpowiedział Chopin i usiadł na łóżku. Wtedy radość niewymowna, ale oraz i trwoga ogarnęły mię. Jakżeż wziąć tę miłą duszę, by ją oddać Bogu? Padłem na kolana, a w sercu moim zawołałem do Pana: "Bierz ją sam!". I podałem Chopinowi Pana Jezusa, ukrzyżowanego, składając Go w milczeniu na jego dwie ręce. I z obu oczu trysnęły mu łzy.
    "Czy wierzysz?", zapytałem. Odpowiedział: "Wierzę", "Jak cię matka nauczyła?". Odpowiedział: "Jak mię nauczyła matka!". I wpatrując się w Pana Jezusa ukrzyżowanego, w potoku łez swoich odbył spowiedź świętą. I tuż przyjął Wiatyk i Ostatnie Pomazanie, o które sam prosił... Od tej chwili przemieniony łaską Bożą, owszem, samym Bogiem, stał się jakoby innym człowiekiem.
    Tegoż dnia poczęło się konanie Chopina, które trwało dni i nocy cztery... Wpośród najwyższych boleści wypowiedział szczęście swoje i dziękował Bogu... Dzień i noc prawie ciągle trzymał mię za obie ręce, nie chcąc mię opuścić, a mówiąc: "Ty mnie nie odstąpisz w tej stanowczej chwili"... Dobrze mi, że tak umieram... Siostro moja kochana, nie plącz. Nie płaczcie, przyjaciele moi. Jam szczęśliwy! Czuję, że umieram. Módlcie się za mną! Do widzenia w Niebie"... To znowu do lekarzów usiłujących przytrzymać w nim życie powiadał: "Puśćcie mię, niech umrę. Już mi Bóg przebaczył, już mię woła do siebie!... Puśćcie mię; chcę umrzeć!"... W końcu on, co zawsze był wykwintnym w mowie, chcąc mi wyrazić całą wdzięczność swoją, a oraz i nieszczęście tych, co bez Sakramentów umierają, nie wahał się powiedzieć: "Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł -jak świnia!".
    W samym skonaniu jeszcze raz powtórzył Najsłodsze Imiona: Jezus, Maria, Józef, przycisnął krzyż do ust i do serca swego i ostatnim tchnieniem wymówił te słowa: "Jestem już u źródła szczęścia!...". I skonał. Tak umarł Chopin! Módlcie się za nim, ażeby żył wiecznie.

    Uniżony wasz w Chrystusie sługa,
    x. Aleksander Jełowicki

    André Frossard


    2 Lutego 1995 roku, w wieku 80 lat, zmarł w Paryżu André Frossard. Był on synem dziennikarza i działacza politycznego. Jego ojciec, L.O. Frossard, był pierwszym sekretarzem Francuskiej Partii Komunistycznej. Dziadkowie wywodzili się z tradycji żydowskiej i protestanckiej, ale cała rodzina żyła w atmosferze "doskonałego ateizmu", gdzie nie powstawał nawet "problem Boga". André Frossard mając lat dwadzieścia, zupełnie niespodziewanie, w czasie poszukiwania przyjaciela w jednej z kaplic paryskich, nawrócił się.


    Wychowywałem się "oprawiony" w Karola Marksa: tapczan, na którym spałem w małym gabinecie mojego ojca, był otoczony wszystkimi dziełami tego proroka, którego portret ozdabiał frontową ścianę. Otwierając żelazne drzwi klasztoru byłem ateistą. Ateizm przybiera wiele form. Bardziej radykalny ateizm marksistowski nie tylko, że neguje Boga, ale posłałby Go na urlop, nawet gdyby istniał. Istnieje ateizm najbardziej rozpowszechniony, który dobrze znam, to ateizm idiotyczny. Taki był mój ateizm. Ateizm idiotyczny nie stawia sobie pytań. Byłem jeszcze takim ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Religia była dla mnie starą chimerą, a chrześcijanie - gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji.
    Wszedłem o godzinie siedemnastej dziesięć do kaplicy w Dzielnicy Łacińskiej w poszukiwaniu jednego z mych przyjaciół, a wyszedłem z niej o godzinie siedemnastej piętnaście w towarzystwie przyjaźni, która nie jest z tego świata.
    Stojąc przy drzwiach, szukam wzrokiem mego towarzysza. Wzrok mój błądzi między cieniem a światłem, wraca bezmyślnie do zebranych ludzi, wędruje od wiernych do nieruchomych zakonnic, od zakonnic do ołtarza i zatrzymuje się, nie wiem dlaczego, na drugiej z rzędu świecy palącej się na lewo od krzyża. Nie na pierwszej czy trzeciej, lecz dokładnie na drugiej.
    I wtedy właśnie następuje nagle i kolejno szereg przedziwnych zjawisk, których nieubłagana gwałtowność zniweczy w jednej chwili absurdalną istotę, jaką jestem, i wyprowadzi na światło dzienne olśnione dziecko, jakim nigdy nie byłem.
    Poczułem się "katolikiem, apostolskim i rzymskim", którego niosła, unosiła, porywała, toczyła fala nieopisanej radości. Wchodząc miałem lat dwadzieścia. Opuszczając kaplicę byłem dzieckiem gotowym do przyjęcia chrztu, dzieckiem, które spogląda naokoło siebie szeroko otwartymi oczami. Przy mych narodzinach obecne były Siostry.
    Byłem świadkiem swojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa. Po moim nawróceniu wszystko było radośnie proste: Bóg potężna radość, ocean światła i słodyczy, istnieje./.../ Byłem więcej niż oczarowany, pełen szalonej wdzięczności wobec ogromu miłosiernego piękna. Bóg jest miłością i ta miłość uczyła mnie, że jest przyczyną i celem wszystkiego, co istnieje.
    Gwałtowne wtargnięcie Boga, przynosi radość, która nie jest niczym innym, jak szczęściem wyciągniętego w ostatniej chwili z wody, uratowanego topielca. Między sytuacją topielca a moją jest jednak pewna różnica. Z bagna, w którym - zresztą o tym nie wiedząc - byłem pogrążony, zdałem sobie sprawę w momencie, gdy niewidzialna ręka uniosła mnie ku zbawieniu. Dopiero wówczas ogarnęło mnie zdumienie, że tkwię w tym błocie mogłem jeszcze żyć i oddychać. Jednocześnie wiem, że stałem się członkiem nowej rodziny, którą jest Kościół.

    Moja wolna wola

    Jeśli chodzi o moją wolną wolę, to posługiwałem się nią naprawdę dopiero po moim nawróceniu, kiedy zrozumiałem, że tylko Bóg może nas uratować ze wszystkich zależności, w jakie nieuchronnie popadlibyśmy bez Niego. Podkreślam. To było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki. Jest ona ostateczną rzeczywistością, wobec której nie ma już pytań.

    Eucharystia

    Jedna rzecz zaskoczyła mnie: Eucharystia. Nie dlatego, iż mogła wydać się nieprawdopodobna; lecz fakt, że dobroczynność Boska uciekła się do tego niesłychanego środka, by udzielać się, i co więcej, że wybrała w tym celu postać chleba, który jest pokarmem biednych i ulubionym pożywieniem dzieci, nie przestawał mnie zachwycać. Ze wszystkich darów, które ofiarował mi chrystianizm, ten właśnie wydawał mi się najpiękniejszy.

    André Frossard

    François Mitterrand

    15 stycznia 1995 roku Marino Prodiego, dziennikarz włoskiego tygodnika "Italia Settimanale", opublikował wywiad z światowej sławy 93-letnim filozofem francuskim, Jean Guittonem, który odegrał wielką rolę w nawróceniu na katolicyzm byłego prezydenta Francji, François Mitterranda, zmarłego 8 stycznia 1996 roku.
    Na pytanie jak doszło do nawrócenia François Mitterranda, Jean Guitton odpowiedział: " François Mitterrand, którego znałem już wcześniej, odwiedził mnie przed miesiącem. Powiedział mi wtedy tak: "Jest pan ekspertem od spraw czasu i wieczności, a śmierć jest przecież przejściem z czasu do wieczności. To jest główny powód, dlaczego przyszedłem do pana". W ten właśnie sposób zaczęła się nasza długa i ożywiona dyskusja".
    Jean Guitton przypomniał, że w tym czasie François zdawał sobie, sprawę z tego, że jest nieuleczalnie chory i że wkrótce będzie musiał umrzeć. W tej sytuacji było czymś zupełnie naturalnym, że nieustannie myślał o śmierci. Na pytanie, czy Mitterrand ma lęk przed śmiercią, Jean Guitton odpowiedział: "Śmierci się nie boi, natomiast boi się sądu Bożego, czyli tego momentu, w którym tak, jak każdy człowiek, samotnie stanie przed Bogiem, Ogromnie cieszy mnie fakt, że pan prezydent jest dziś człowiekiem mocno i głęboko wierzącym w Boga. Znamy się od 50 lat. Kiedy przed jego nawróceniem dyskutowaliśmy na temat wiary, był nastawiony sceptycznie. Natomiast obecnie modli się bardzo intensywnie i ma naturę mistyczną". Jean Guitton odpowiedział twierdząco na pytanie, czy Mitterrand wierzy w tego samego Boga i w to samo niebo, co i on, dodając: "Wierzymy w Boga i w niebo pełne tajemnicy. Co więcej - razem z Mitterrandem kontemplowaliśmy tajemnicę Boga".
    /.../
    Odpowiadając na pytanie, jak w swoim wieku patrzy na śmierć, Jean Guitton stwierdził, że patrzy na nią z bliska. "Nie wiem, co tam znajdę, ale wiem, że cokolwiek to będzie, na pewno nie doznam zawodu. A zresztą, Bóg przemawia do mnie nieustannie poprzez moje sumienie, które jest głosem Boga we mnie, jest moim "ja" już od czasu, kiedy byłem czteroletnim dzieckiem".

    Emil Zola

    Emil Zola urodził się w Paryżu 2 kwietnia 1840 r. jako syn inżyniera pochodzenia włoskiego. Bardzo wcześnie stracił ojca. W 1858 r. wraz ze swoją matką powrócił do Paryża, gdzie nie udało mu się zdać matury. Po krótkim okresie bezrobocia i nędzy przyjął posadę w wydawnictwie współpracując jednocześnie z dziennikami republikańskimi jako kronikarz i krytyk.
    W 1865 r. opuścił wydawnictwo i odtąd żył wyłącznie z pióra. Zasłynął jako wielki powieściopisarz, publicysta, dramaturg i najwybitniejszy oraz najbardziej konsekwentny reprezentant francuskiego naturalizmu.
    Kiedy tworzył, odszedł daleko od Boga i naigrawał się z wiary katolickiej. Jeżeli pewnego dnia odwiedził jakiś wiejski kościół, to nie po to, aby się modlić, lecz aby "naśmiewać się z głupiego ludu", który tam przebywa.
    A jednak Bóg nigdy nie odwraca się od swego stworzenia. Czeka tylko na stosowny moment, aby się z nim zetknąć. Ten moment nastąpił u Zoli, gdy w dojrzałym wieku złamał sobie nogę. Mijały miesiące, a rana mimo leczenia nie zabliźniała się, lecz przeciwnie - powiększała. Lekarze widząc, że ich wysiłki są daremne, powzięli zamiar amputacji nogi. Ale w wigilię Bożego Narodzenia Zola leży w łóżku. Wydaje mu się, że wchodzi do kościoła, widzi na ścianie Panią z Dzieciątkiem w ramionach i śpiewa we śnie kolędę. Gdy w dniu następnym jego żona zanuciła tę sama kolędę, Zola poprosił ją, by poszła do kościoła i zapaliła świecę przed obrazem Matki Bożej. Pani Zola spełniła to życzenie. W tym samym dniu pisarz odczuł jakieś niezwykłe darcie w chorej nodze. Spróbował powstać i z wielkim zdumieniem stwierdził, że jego noga jest zdrowa. Został cudownie uzdrowiony.
    Emil Zola nie tylko opisał to uzdrowienie, ale również nawrócił się na wiarę, którą dotychczas tak zniesławiał. 18 kwietnia 1896 r. og5rłosił rodzaj publicznej spowiedzi. Oto wyjątek tego dziwnego dokumentu:
    Obecnie, gdy przekonałem się całkowicie, że przez trzydzieści lat byłem w błędzie, gdy poznałem, na czym się opiera cały system masoński, którego doktrynę rozpowszechniałem, doprowadzając również innych do jej rozpowszechniania, tak, że wielka masa ludzi poszła za mną w błędzie - szczerze tego żałuję. Oświecony w tym względzie przez Boga, zdaję sobie sprawę ze wszystkiego zła, które przez to popełniłem i w konsekwencji odrzucam masonerię i zrywam z nią więzy solidarności oraz uznaję ze skruchą wobec Kościoła swe błędy. Proszę Boga o przebaczenie wszelkiego zła, jakim gorszyłem w czasie swej przynależności do loży masońskiej, i błagam naszego Najwyższego Pasterza, Jego Świątobliwość Papieża Leona XIII o przebaczenie...
    Po trzydziestu latach, w czasie których był kolejno założycielem, członkiem i wielkim mistrzem loży masońskiej, Emil Zola w wieku 56 lat zdystansował się publicznie do niej, jako do "najbardziej cynicznego kłamstwa", nawrócił się definitywnie do Boga i związał na nowo z Kościołem katolickim. Nawrócenie to wywołało swego czasu wielki szum, ale dzisiaj jest mało znane. Zola zmarł nagle 28 września 1902 r., w wyniku zaczadzenia.
    >